W rozmowach o wychowaniu bardzo często skupiamy się na dziecku. Na jego emocjach, zachowaniu, potrzebach, trudnościach, wybuchach złości, płaczu, lęku albo oporze. To ważne, bo dziecko rzeczywiście potrzebuje dorosłego, który potrafi je zauważyć, nazwać to, co się dzieje, i pomóc mu przejść przez trudny moment. Ale w tej opowieści jest jeszcze ktoś. Rodzic.
Rodzic też ma emocje. Też bywa zmęczony, przebodźcowany, spięty, bezradny, smutny, zły, rozczarowany albo przeciążony. Rodzic też ma układ nerwowy, który reaguje na hałas, pośpiech, brak snu, presję, pracę, obowiązki domowe, konflikty i nieustanne bycie „na posterunku”. To, że jesteśmy dorośli, nie oznacza, że jesteśmy niewyczerpalni.
Dorosły nie musi być zawsze spokojny
Wielu rodziców ma wobec siebie bardzo wysokie wymagania. Chcą być cierpliwi, łagodni, obecni, uważni i dostępni emocjonalnie. Chcą reagować lepiej niż reagowano wobec nich. Chcą nie krzyczeć, nie oceniać, nie zawstydzać, nie powielać starych schematów. To piękny kierunek, ale czasem może stać się kolejnym źródłem napięcia. Bo kiedy rodzicowi puszczają nerwy, pojawia się nie tylko złość, ale też poczucie winy. „Znowu nie dałem rady”. „Znowu nakrzyczałam”. „Powinienem być spokojniejszy”. „Inni rodzice pewnie radzą sobie lepiej”. Tymczasem emocjonalna dojrzałość nie polega na tym, że nigdy się nie denerwujemy. Polega raczej na tym, że zaczynamy zauważać, co się z nami dzieje, i bierzemy za to odpowiedzialność. Rodzic nie musi być idealnie spokojny. Dobrze jednak, żeby umiał rozpoznać moment, w którym jego napięcie rośnie. Czasem ciało mówi to wcześniej niż głowa. Zaciska się szczęka. Ramiona robią się twarde. Oddech staje się płytki. W głowie pojawia się szybka myśl: „Ja już nie mogę”. To nie jest porażka. To sygnał.
Dziecko nie jest jedynym źródłem napięcia
W codziennym życiu łatwo pomylić przyczynę z wyzwalaczem. Dziecko może rozlać sok, odmówić ubrania butów, krzyczeć przy wyjściu albo po raz dziesiąty poprosić o tę samą rzecz. I nagle reakcja dorosłego jest dużo większa niż sama sytuacja. Nie dlatego, że rodzic jest zły. Często dlatego, że ta sytuacja trafia na pełny już po brzegi układ nerwowy. Za silną reakcją może stać nie tylko zachowanie dziecka, ale też nieprzespana noc, trudna rozmowa w pracy, kłótnia z partnerem, samotność, brak wsparcia, presja finansowa albo poczucie, że wszystko jest na mojej głowie. Dziecko bywa wtedy ostatnią kroplą, ale nie całym ciężarem. Warto zadać sobie pytanie: „Czy ja reaguję tylko na to, co dzieje się teraz, czy też na wszystko, co noszę w sobie od rana, od tygodnia, od miesięcy?”. Takie pytanie nie ma służyć obwinianiu siebie. Ma pomóc zobaczyć szerszy obraz.
Regulacja zaczyna się od zauważenia siebie
Rodzic, który chce wspierać emocje dziecka, potrzebuje też uczyć się wspierać samego siebie. Nie chodzi o wielkie zmiany od razu. Czasem pierwszy krok jest bardzo prosty: zatrzymać się na kilka sekund i zauważyć własne napięcie. Można powiedzieć do siebie: „Jestem bardzo zmęczony”. „To mnie przerosło”. „Potrzebuję chwili”. „To nie jest dobry moment na rozmowę”. Takie zdania nie rozwiązują wszystkiego, ale oddzielają emocję od automatycznej reakcji. Dają przestrzeń między bodźcem a tym, co za chwilę powiemy lub zrobimy. W relacji z dzieckiem ogromne znaczenie mają też naprawy. Jeśli dorosły krzyknął, zareagował zbyt ostro albo powiedział coś, czego żałuje, może wrócić do dziecka i powiedzieć: „Przepraszam, poniosły mnie emocje. To nie była twoja wina. Uczę się reagować inaczej”. Dziecko nie potrzebuje rodzica bezbłędnego. Potrzebuje rodzica, który potrafi wrócić do kontaktu.
Potrzeby rodzica też są ważne
Wielu dorosłych odkłada swoje potrzeby na sam koniec. Najpierw dzieci, praca, dom, zakupy, szkoła, terminy, obowiązki. Dopiero potem sen, odpoczynek, cisza, ruch, rozmowa, samotność, przyjemność. Problem w tym, że rodzic, który stale funkcjonuje na rezerwie, coraz częściej reaguje z poziomu przeciążenia. Dbanie o siebie nie jest egoizmem. Jest elementem dbania o relację. Czasem oznacza poproszenie o pomoc. Czasem wyjście na spacer. Czasem odłożenie telefonu. Czasem powiedzenie: „Nie dam rady dzisiaj zrobić wszystkiego”. Czasem zgodę na to, że dom nie będzie idealny, ale za to wieczór będzie spokojniejszy. Dziecko uczy się emocji nie tylko wtedy, gdy tłumaczymy mu, czym jest złość czy smutek. Uczy się także wtedy, gdy widzi, jak dorosły obchodzi się z własnym napięciem. Czy potrafi się zatrzymać. Czy potrafi przeprosić. Czy potrafi powiedzieć o potrzebie. Czy potrafi nie udawać, że nic się nie stało. Rodzic też jest człowiekiem. I właśnie od tego warto zacząć. Nie od oceny, nie od wstydu, nie od listy błędów. Od zauważenia: ja też coś czuję. Ja też mam granice. Ja też potrzebuję troski.