Wiosna od zawsze niesie ze sobą obietnicę nowego początku, dłuższe dni, więcej światła i naturalną potrzebę porządkowania zarówno przestrzeni wokół siebie, jak i tego, co dzieje się w środku, dlatego tak często właśnie o tej porze roku pojawia się impuls, żeby zacząć od nowa, zmienić pracę, zakończyć relację, zadbać o siebie, ruszyć z miejsca, tylko że wraz z tym impulsem pojawia się też ważne pytanie, czy to rzeczywiście potrzeba rozwoju, czy może subtelna forma ucieczki od tego, co trudne.
Energia zmiany, która przychodzi z zewnątrz
Wiosna działa na nas nie tylko symbolicznie, ale też biologicznie, więcej światła wpływa na nastrój, poziom energii rośnie, ciało budzi się po zimowym spowolnieniu i nagle rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się zbyt trudne, zaczynają wyglądać na możliwe, to moment, w którym łatwo pomylić naturalny przypływ energii z głęboką gotowością do zmiany, a to nie zawsze jest to samo.
Motywacja czy impuls
Chęć zmiany sama w sobie nie jest problemem, przeciwnie, jest ważnym sygnałem, że coś w naszym życiu potrzebuje ruchu, ale kluczowe jest to, co stoi za tą chęcią, bo motywacja, która wynika z kontaktu ze sobą, jest zwykle spokojniejsza, bardziej osadzona i mniej gwałtowna, natomiast impuls podszyty napięciem często niesie w sobie pośpiech, potrzebę natychmiastowego działania i przekonanie, że dopiero zmiana przyniesie ulgę.
Czasami zmiana staje się sposobem na uniknięcie kontaktu z emocjami, które są niewygodne, trudne albo przytłaczające, zamiast zatrzymać się i zobaczyć, co tak naprawdę się dzieje, łatwiej jest zrobić coś radykalnego, zmienić otoczenie, wypełnić czas nowymi planami, wejść w nową rolę, problem polega na tym, że to, od czego uciekamy, bardzo często idzie za nami, tylko w innej formie. Nowy początek ma w sobie coś uwodzicielskiego, daje poczucie kontroli i nadzieję, że tym razem wszystko będzie inaczej, że stare schematy zostaną za nami, ale jeśli nie zostały wcześniej rozpoznane, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że odtworzą się w nowych warunkach, zmiana miejsca czy okoliczności nie zawsze oznacza zmianę wewnętrzną.
Zmiana, która ma sens
Nie chodzi o to, żeby rezygnować ze zmian ani podejrzliwie podchodzić do każdego impulsu, który popycha nas do działania, ale o to, by zatrzymać się na moment i sprawdzić, z jakiego miejsca ta potrzeba naprawdę wyrasta, czy jest w niej ciekawość, gotowość i zgoda na proces, czy raczej napięcie, niepokój i pragnienie natychmiastowej ulgi, bo zmiany podejmowane z poziomu presji często mają w sobie ukryte oczekiwanie, że coś wreszcie przestanie boleć, a kiedy tak się nie dzieje, pojawia się rozczarowanie i kolejne próby zaczynania od nowa, które zamiast przynosić ukojenie, pogłębiają poczucie utknięcia.
Restart, który zaczyna się od środka
Prawdziwy restart rzadko zaczyna się od widocznych decyzji, które można opowiedzieć innym, znacznie częściej dzieje się w ciszy, w sposobie, w jaki zaczynamy myśleć o sobie, w tym, czy potrafimy zauważyć własne emocje bez natychmiastowej potrzeby ich zmieniania, w gotowości do pozostania chwilę dłużej z tym, co niewygodne, zamiast automatycznie szukać wyjścia, bo to właśnie w tym miejscu rodzi się coś bardziej trwałego niż chwilowa motywacja, pojawia się kontakt ze sobą, który nie zależy od okoliczności i który pozwala podejmować decyzje nie jako reakcję na napięcie, ale jako świadomy wybór.
Pomiędzy ruchem a zatrzymaniem
Największym wyzwaniem nie jest ani działanie, ani pozostanie w miejscu, ale zdolność do poruszania się pomiędzy jednym a drugim w sposób, który nie jest impulsywny ani sparaliżowany, tylko uważny, bo życie nie składa się wyłącznie z momentów przełomowych, ale z ciągłego regulowania tempa, sprawdzania, czy to, co robimy, jest jeszcze nasze, czy już tylko próbą dopasowania się do wyobrażeń o tym, jacy powinniśmy być, i to właśnie ta umiejętność zatrzymywania się w ruchu, zauważania siebie w trakcie zmiany, a nie dopiero po jej zakończeniu, sprawia, że rozwój przestaje być projektem do zrealizowania, a zaczyna być procesem, w którym naprawdę jesteśmy obecni.